piątek, 10 lipiec 2009

Ciii... i proszę nie zasłaniać ekranu

...no co ja zrobię, że serial "Doktor House" albo jak kto woli "House M.D" jest taki wciągający...
A zaraził mnie nim kolega mojej mamy, po czym ona ode mnie też się zaraziła :-) Strrrrrasznie mi się podoba, a obejrzałam póki co tylko dwa czy trzy odcinki. Miny tytułowego doktorka są wprost fenomenalne :-) I to jak dogaduje ludziom w szpitalu, w realnym świecie chyba bym tego nie zniosła, ale w TV jest fajne :-)
Jutro jadę do Rabki na cały dzień. Jak nie będzie padać to wejdę z P. na Piątkową Górę. A jak będzie to łazimy tylko po Rabce.
I proszę nie przeszkadzać :-)

czwartek, 9 lipiec 2009

Niech żyje Rzeczpospolita Krasno-Ludowa!

Krasnoludki vel krasnale vel krasnoludy są i były najczęstszymi postaciami z bajek, począwszy od braci Grimm którzy przecież zbierali swój materiał od wieśniaków, a ci przekazywali sobie z ust do ust opowieści korzeniami sięgające być może nawet średniowiecza, skończywszy na "Władcy pierścieni".
Ale i na naszym polskim gruncie jest mała perełka spod znaku krasnoludka, kto wie czy nie najbardziej wyrazista spośród wszystkich dotychczas znanych - a to dlatego że postacie z dawnych baśni zostały wplecione w konkretną alegorię państwa jakim był PRL.
A chodzi konkretnie o film "Kingsajz". Parę lat temu nie widziałam w nim aluzji do żadnej polityki. Teraz, gdy obejrzałam go po raz kolejny, widzę ten aspekt bardzo szeroko.
Adaś Habs jest torturowany i przesłuchiwany, w końcu trafia do obozu pracy (odzysku). Gdzie indziej niż w państwie totalitarnym mogłoby się to stać? A taką właśnie Rzeczpospolitą Krasno-Ludową była Szuflandia.
A poza tym film ten jest dowodem na to, że i my, Polacy, potrafimy tworzyć filmowe nawiązania do dawnej kultury i łączyć ją z realnymi elementami świata, do tego z dialogami mogącymi konkurować z takimi produkcjami jak "Shrek" albo "Madagaskar" - tyle że dla dorosłych i raczej starszych dzieci.

Tolerancja kipiąca :/

Ostatnio napisałam komentarz na Onecie odnośnie kryzysu w Kościele katolickim w Polsce. Bo że kryzys istnieje i ma miejsce - temu trudno zaprzeczyć. Ale widać jaka jest w tym kraju tolerancja wśród "tolerancyjnych" :-(
Napisałam że wiele jest w naszych wspólnotach byłych katolików. Przykładowo - u mnie w zborze chyba co drugi to były katolik! Jeśli nie więcej.
I co? Opryskliwe, chamskie nieraz komentarze fanatyków katolickich i ateistycznych są pod artykułem. A mój nie.
Czy my się doczekamy kiedyś tolerancji w tym kraju? Ale nie takiej wybiórczej tolerancji albo źle rozumianej, tylko takiej jaką szczyciła się dawniej Polska bez stosów?

Dopisek: żeby nikt się nie czepiał i nic mi nie wymawiał: nie jestem przeciwna katolikom i ateistom. Nie! Wielu moich znajomych to katolicy i ateiści i nasze znajomości są dobre. Jeśli czemuś jestem przeciwna to tylko chamstwu i POLA-katolicyzmowi oraz POLA-ateizmowi.

środa, 8 lipiec 2009

Schody

Lubię fotografować schody. Są takie tajemnicze.










wtorek, 7 lipiec 2009

Dziś już nie waż się mówić...

Jeszcze kiedy byłam mała, a nawet kiedy zaczęłam być nastolatką - czyli jakieś 9-10 lat temu - mówiło się, że jakiś czyn jest dobry albo zły. Że coś jest godne pochwały albo że coś należy zdecydowanie potępić. A teraz?
Ostatnio natknęłam się na artykuł o kobiecie która powoli, bo przez niepodawanie leków, zamordowała (bo wg.mnie jest to jedyne słuszne określenie tego czegoś) swojego autystycznego syna. Pod artykułem pojawił się komentarz: ale nie oceniajmy tak surowo tej kobiety...
Ile razy teraz słychać i widać takie opinie: nie oceniajmy surowo, nie wiemy jak było naprawdę, wszystko zależy, a nawet wyjęte z Ewangelii - nie sądźcie. A jeszcze nie tak dawno taki czyn byłby nazwany po imieniu: morderstwo. Bez żadnej taryfy ulgowej. I moim zdaniem - słusznie.
Może jestem osobą starej daty, może jestem "protestanckim moherowym beretem", może jestem fundamentalistką. Ale uważam, że takie myślenie jak przedstawiłam wyżej jest po prostu niedopuszczalne i świadczy o stopniowym psuciu się człowieka, o degeneracji i upadku wartości.
Pewnego razu na jednej z zachodnich uczelni przeprowadzono ankietę na temat Holocaustu - tego jak oceniają go obecnie studenci. I okazało się, że aż 60% z nich sądzi iż "nie nam to oceniać, to za daleka przeszłość". Ciekawa jestem co na ten temat powiedzieliby ludzie którzy przeżyli obozy i getta...
Dziś już jakby nie wolno było mówić że coś jest złe, naganne i godne potępienia. Jakby była jakaś niepisana zasada: mówimy o życiu dobrze albo wcale. Tak jakby ludzie utracili kręgosłup moralny, a im są młodsi tym jest gorzej z tego co widzę, tak jakby nie mieli mówiąc potocznie - jaj.

poniedziałek, 6 lipiec 2009

Trzy tygodnie - odc. 1

Upalny, lipcowy dzień dopiero się zaczynał. Po budynku krakowskiego Dworca Głównego przechadzały się nieliczne stadka gołębi. Przy kasach stały kolejki podróżnych. Na tablicy odjazdów i przyjazdów co parę minut pojawiały się nowe napisy. "Pociąg pospieszny do Warszawy Zachodniej przez Miechów, Kielce, Radom odjedzie z toru dziesiątego przy peronie piątym"...
Na ławce w poczekalni drzemał Franek. Pod głowę położył brudny beret i gazetę sprzed trzech dni. Miał podkulone nogi. Nie było mu zbyt wygodnie, ale ostatecznie, jak na takie warunki było całkiem nieźle.
Dworzec Główny w Krakowie był domem dla Franka od jakiegoś roku. On sam zresztą, odkąd żona wyrzuciła go na bruk, przestał liczyć czas. Liczył tylko wypalane papierosy i czasem wyżebrane pieniądze.
Promienie słońca padły na twarz Franka. Ten otworzył oczy, przetarł je i powoli wstał. Był przeraźliwie głodny, ale pierwszą rzeczą jaką zrobił było zapalenie papierosa. Wspominał sen, który przyśnił mu się nad ranem. Był to bardzo dziwny sen.
Śniło mu się, że jak zwykle zbierał złom po śmietnikach. Nagle przyszła mu do głowy myśl, by pogrzebać w worku z puszkami po piwie i coca-coli. W środku znalazł prawdziwy banknot. Nie, nie polski - zagraniczny. Chyba funt. Albo euro.
Zresztą, dla Franka nie miało to żadnego znaczenia, gdyż całe życie od paru lat było dla niego jednym wielkim snem, tak jakby nic innego nie robił tylko spał.

niedziela, 5 lipiec 2009

Ale był wspaniały bal...

Wczoraj byłam na ślubie K. i A. - był to pierwszy baptystyczny ślub na jakim w życiu byłam (do tej pory byłam tylko na ślubie katolickim i luterańskim).
Było fantastycznie zorganizowane. Przybyły też osoby z innych krakowskich zborów - jak się okazało nie tylko baptyści :-) Nie zabrakło też "zielonych". Dziś też wyszło, że nasz zbór, a przynajmniej część osób z niego żywi co najmniej pozytywne odczucia względem naszych "zielonych" braci i sióstr, a w najgorszym razie neutralne - w każdym razie cieszy mnie to, że nie ma wrogości między nimi a nawet widać coś na kształt przyjaźni.
Po nabożeństwie które nieco różniło się od zwykłego - była na początku prezentacja państwa młodych na temat historii ich miłości no i wiadomo, ślubowanie oraz podpisanie aktu zawarcia związku małżeńskiego - było wesele. Bawiłam się z P. świetnie :-) Smaczne jedzenie i dobra muzyka, wspólne zdjęcia i tańce.
Bardzo mi się podobało :)

piątek, 3 lipiec 2009

Powolna śmierć w szybkich czasach

W przemysłowym mieście gdzieś na Wschodzie

Rodzimy się
w azbestowej klinice
azbestowo dorastamy
łykając ołowiany chleb
w pośpiechu do pierwszej pracy

azbest
jest świadkiem na każdym ślubie
nawet aniołowie
mają azbestozę

emerytura niewysoka
jak i nasza fabryka

kosa
ołowiano-kadmowa
kruszy wreszcie azbest
ostatnim duszeniem

nie wiemy
czy nawet to nam pomaga.

czwartek, 2 lipiec 2009

I jak tu teraz do tego Wilna??

W przyszłym roku zamierzam wybrać się do Wilna. W celu zwykłego zwiedzenia miasta, które przecież było bardzo ściśle związane z kulturą i historią naszego kraju, a Litwa to w końcu kraj który nie dość że też jest w UE, to jeszcze jest naszym sąsiadem.
Pieniądze na pewno by się znalazły, gdybym tylko oczywiście zaplanowała podróż odpowiednio wcześniej. Nocleg też. To najmniejszy akurat problem. Problemem jest, jak się okazuje, komunikacja.
Z Krakowa nie ma bezpośredniego połączenia do Wilna ani po drodze, ani po szynach, ani w powietrzu. Żeby w ogóle tam jakoś dotrzeć, musiałabym najpierw udać się ekspresem (wychodzi to najtaniej) do Warszawy. Stamtąd zaś mam dwie możliwości. Albo bus, który należy według różnych opinii do linii kiepskiej i drogiej. Albo pociąg. Z pociągiem byłoby wszystko pięknie i ładnie - nieraz już przecież jeździłam koleją przez noc i to na duże odległości - gdyby nie to że jedzie przez Białoruś nocą (!). A ja się pytam grzecznie (i stawiam każdemu wino mołdawskie albo do wyboru - ukraińskie jak mi odpowie): dlaczego jadąc na Litwę trzeba jechać drogą okrężną i do tego przez kraj jakim jest Białoruś? I po co trzeba czekać 2 godziny na przesiadkę w Mińsku? Zupełny nonsens!
Wygląda na to że do tej wyprawy (w tym roku z przyczyn finansowych - nierealnej) będę musiała się solidnie przygotować.

Hurrrra!!

Jestem już zarejestrowana na trzech uczelniach ;-) Zobaczymy teraz na którą zostanę przyjęta, zostało mi jeszcze tylko opłacić jedną z opłat rekrutacyjnych.
Ciekawe jest przy tym ile dana uczelnia sobie zarobi na "pierwszakach" nawet jeśli nie zostają przyjęci. No ale co prawda to prawda - państwowa uczelnia sama z dotacji państwa się nie utrzyma... Ponoć teraz jak jest niż demograficzny to zaczynają się bankructwa uczelni prywatnych. W moim mieście jeszcze nie tak dawno - tylko 2-3 lata temu - wyrosły te prywatne uczelnie jak grzyby po deszczu. A może raczej były już wcześniej, tylko ostatnio robiły reklamy. Natomiast już teraz, a niewiele czasu upłynęło przecież od początku kryzysu i mój rocznik nie jest jedynym rocznikiem z niżu - zaczynają bankrutować. W sumie się wcale nie dziwię temu zjawisku, a to dlatego że po pierwsze niż, po drugie kryzys (albo raczej - recesja), po trzecie coraz mniej ludzi stać na tak wysokie opłaty nawet gdy pracują.
Powiem tylko tyle że odnośnie przyjęcia mojej osoby mam raczej dobre przeczucia. Właśnie się dowiedziałam że etap wstępnej rejestracji został zakończony na jednej z tych trzech :-)

środa, 1 lipiec 2009

Chrześcijanin a medycyna "niekonwencjonalna"

Pamiętacie, że kiedyś na tym blogu temat medycyny był poruszany często. Teraz poruszę go raz tylko, ale z punktu widzenia chrześcijańskiego.
Ostatnimi czasy zalewają nas rozmaite homeopatie, bionenergoterapie, wahadełka, psychosomatyki i inne -atie, ełka i yki.

Dajcie sobie spokój z człowiekiem, który wart tyle, co tchnienie w jego nozdrzach! Bo za co można go uważać? Księga Izajasza 2,22.

Powyższy werset można z powodzeniem zastosować do znachorów, homeopatów i psychosomatyków! Ich nauki są, jeśli nie wszystkie, to większość - oparte albo na zanegowaniu Boga (ateizmie) albo na religii pogańskiej. Hahnemann - twórca homeopatii - nie był nigdy chrześcijaninem. Wierzył owszem że jest gdzieś tam jakiś tam bóg - i tyle. Oddawał się okultyzmowi i czarom. Ktoś mógłby przypomnieć jego doświadczenie z chininą, ale nauka udowodniła już, że taka sama reakcja przytrafia się uczulonym na chininę! Czy zatem homeopatia jest prawdziwa? Nie!
Psychosomatycy w każdej chorobie znajdują działania psychiki. Często doprowadza do to poczucia winy zupełnie nieuzasadnionego. Wielu z nich w ogóle nie zajmuje się wiarą, a jeśli już to na zasadzie "no jest tam niby jakiś bóg ale wierzta w co chceta". Jest oparta na wypaczonej psychologii oraz jeśli sięgnąć głębiej - astrologii, ponieważ dawni astrologowie widzieli choroby w cechach charakteru osoby danego znaku zodiaku. Czy zatem psychosomatyka jest prawdziwa? Nie!
No ale ktoś mógłby zaprotestować, powiedzieć: ale to przecież działa. Owszem. W wielu wypadkach działa. Pytanie tylko nie polega na tym, czy to działa, tylko jak działa. Przecież tabletka ekstazy albo heroina pomagają na depresję - a jakoś żaden psychiatra nie zapisuje tego na nią cierpiącym.

Niech nie znajdzie się u ciebie taki, który przeprowadza swego syna czy swoją córkę przez ogień, ani wróżbita, ani wieszczbiarz, ani guślarz, ani czarodziej, ani zaklinacz, ani wywoływacz duchów, ani znachor, ani wzywający zmarłych; gdyż obrzydliwością dla Pana jest każdy, kto to czyni... Księga Powtórzonego Prawa, 18, 10-12a.

Po tym poście pewnie zasypią mnie komentarze typu: a co ta nawiedzona fanatyczka Zimbabwe znowu napisała, a co ona wie... Nie musicie się ze mną zgadzać, w sumie zdziwiłabym się gdyby tak było. Ale ja (i sądzę że nie tylko ja) że jeśli ktoś uważa, że wierzy w Boga-Jahwe, a jednocześnie stosuje homeopatię, ćwiczy jogę, stosuje reiki albo różdżki czy zajmuje się psychosomatyką - po prostu uprawia pogaństwo. Tym bardziej więc chrześcijanie powinni trzymać się z dala od tych metod "leczenia" - a będących nie tylko pułapką dla ducha, lecz też pustoszeniem kieszeni i emocji.

Już lepiej

Już się lepiej czuję.
Opłaciłam już dwie opłaty rekrutacyjne - teraz czeka mnie jeszcze jedna, ostatnia. No i reszta już nie ode mnie zależy... Jest niż demograficzny to może szanse moje rosną, bo w tym wypadku im mniej ludzi tym lepiej.
Poza tym ostatnio czytam książkę Josha McDowella o współczesnych sektach. Bardzo polecam! Napisana nie tylko o ciekawych sprawach, ale i przystępnym językiem nawet dla człowieka nie obeznanego z terminologią teologiczną. Polecam każdemu niezależnie od tego, czy jest chrześcijaninem czy nie, czy jest wierzący czy wątpiący. Oprócz przedstawienia najczęściej spotykanych sekt i kultów jest tu bowiem napisane dlaczego te grupy są destrukcyjne i dlaczego się mylą, a przy tym bez rozemocjonowanych wyzwisk, ironii i sarkazmu.
Ciekawe jest jedno stwierdzenie w tej książce. Duże denominacje, takie jak kościół katolicki czy protestancki który dominuje na danym obszarze, sądzą że ludzie wchodzą do sekt tylko i wyłącznie z powodu indoktrynacji. Tymczasem rzecz wygląda inaczej. Ludzie szukają kontaktów z ludźmi i Bogiem, zdrowych. Gdy nie znajdują zdrowej relacji ani z Bogiem, ani z ludźmi w danym kościele, wtedy sekta tylko czeka żeby ich złowić. Jeśli do tego jest to jednostka bardzo wrażliwa, która przeżywa jakiś kryzys i z czymś sobie nie radzi - jest wtedy jeszcze lepszym kąskiem. Sekty czy jak kto woli - kulty, podają ludziom gotowe rozwiązania na wszystkie ich problemy, zupełnie jak reklama w telewizji. Jednak ten gotowiec okazuje się po pewnym czasie niewystarczający i niezadowalający - i to prowadzi do tragedii.

Nie cieszy mnie to

Niby zdałam tą maturę... Z całkiem dobrym wynikiem. Obiektywnie rzecz biorąc, niezłym.Ale mnie to wcale nie cieszy, nie wiem czemu.
Chodzę dziś smutna. Znowu się zaczęło :(
Nie cieszy mnie wcale ta matura, nic a nic, i od momentu odebrania wyników mnie nie cieszyła.

wtorek, 30 czerwiec 2009

Zdałam!!!

Zdałam!
Ale na jak :-)
Język polski - poziom rozszerzony: 88%
Język angielski - poziom podstawowy: 88%
Historia - poziom rozszerzony: 72%
Język polski - egzamin ustny: 100%
Język angielski - egzamin ustny: 75%

A załatwianie formalności z jedną z uczelni już mam chwilowo za sobą :-) Jutro załatwiam z drugą.

Emigracja?

Już za 3 godziny będę wszystko wiedzieć... Odnośnie wyników.
Poza tym w mojej główce zrodziła się myśl - coby stąd wyemigrować może już po studiach. Najbardziej obstawiam Niemcy, bo tam mam rodzinę i ogólnie znam trochę mentalność Niemców, bywam w Niemczech co roku ostatnio. Ale jak to będą np. USA czy nawet antypody - to czemu nie?
Ogólnie mam dość większości ludzi w tym kraju. Mam dość komunistycznej mentalności typu: ty masz lepiej, no to miej gorzej, na zasadzie modlitwy typowego Polaka: Panie Boże bardzo Cię kocham ale spraw żeby mojemu sąsiadowi krowa zdechła. Ta ciągła zazdrość i wieczne chamstwo. Do tego nie widzę tu dla siebie, powiedzmy sobie szczerze, perspektyw. Tutaj nie szanuje się ani ludzi wykształconych, ani ludzi pracujących. Jak ktoś jest wykształcony nieco bardziej niż zawodówka albo technikum - to już od razu wyzywa się go od nierobów i od pasożytów. Mam tego serdecznie dość!
Wiem, wiem powiecie mi pewnie zaraz że gdzie mój patriotyzm, że tam i tu są takie same problemy... W pewnym sensie jest to prawda, ale niestety, Polska to piękny kraj z paskudnym narodem. I teraz wcale się nie dziwię tym, którzy wyjechali.